Koniec rzeźni

W 1789 roku dobrze wychowany Europejczyk mógł posiadać drugiego człowieka i spać spokojnie. Nie był potworem…

Chodził do kościoła, kochał swoje dzieci, spłacał karciane długi. Po prostu żył w świecie, w którym pewne okrucieństwo było tak oczywiste, że przestawało być widzialne. Dziś patrzymy na to z niedowierzaniem. Za sto lat ktoś spojrzy dokładnie tak samo na nas, i najpewniej chodzić będzie o zwierzęta.

Liczby są nie do udźwignięcia. Co roku w rzeźniach na całym świecie zabija się od 72 do 80 miliardów zwierząt lądowych, z czego około 95 procent to kury. Ryb nie potrafimy nawet policzyć, bo szacunki idą w setki miliardów, a może biliony sztuk rocznie. Nie jest to zatem żaden margines gospodarki, tylko wręcz osobna gospodarka – państwo w państwie.

Do tego dochodzi absurd czysto rachunkowy. Głośna analiza Josepha Poore’a i Thomasa Nemecka, opublikowana w „Science” w 2018 roku i oparta na danych z niemal 39 tysięcy gospodarstw, wykazała, że produkty odzwierzęce zajmują około 83 procent gruntów rolnych świata i odpowiadają za większość emisji pochodzących z żywności, a dostarczają przy tym zaledwie 18 procent spożywanych kalorii. Zjadamy planetę po to, żeby garść białka wyprodukować w wyjątkowo nieoszczędny sposób.

I właśnie ta gospodarka zaczyna chrupać w szwach, bo pojawiła się alternatywa, która nie wymaga zabijania, a w dodatku jest dużo przyjaźniejsza dla planety. W grudniu 2020 roku Singapur jako pierwsze państwo na świecie dopuścił do sprzedaży mięso z bioreaktora, czyli kurczaka firmy Eat Just, hodowanego z komórek, bez ptaka. W czerwcu 2023 dołączyły Stany Zjednoczone. Amerykański departament rolnictwa wydał zgodę 21 czerwca, a już 1 lipca kurczak komórkowy trafił na stoły dwóch restauracji. Jedną prowadził Dominique Crenn, szefowa kuchni z trzema gwiazdkami Michelin, drugą José Andrés. Nie była to zatem podziemna degustacja dla aktywistów, tylko bardziej fine dining.

Skoro fine dining, to powstaje pytanie: ile to kosztuje? Pierwszy wyhodowany w laboratorium burger, zaprezentowany w Londynie w sierpniu 2013 roku przez zespół Marka Posta, kosztował 250 tysięcy euro i sfinansował go współzałożyciel Google’a. Post pracuje dziś w holenderskiej Mosa Meat, a firma ta ogłosiła pod koniec 2025 roku, że obniżyła koszt wytwarzania o 99,999 procent w porównaniu z tamtą pierwszą próbką. Kotlet z bioreaktora zjechał do poziomu kilkunastu euro i celuje w menu restauracyjne. Mosa Meat pracuje już nad zbiornikami o pojemności tysiąca litrów w Maastricht.

To tempo, przy którym warto się zatrzymać. Krzywa kosztu opada tak, jak opadał kiedyś koszt sekwencjonowania genomu albo koszt panelu fotowoltaicznego. A kiedy coś taniego staje się jednocześnie moralnie wygodniejsze, historia zwykle wie, w którą stronę pójdzie. Jeszcze dekadę temu mięso z komórek było ciekawostką laboratoryjną dla miliarderów – dziś bywa już, co prawda egzotyczną, ale dostępną pozycją w karcie dań.

Science fiction, jak to ma w zwyczaju, było na miejscu wcześniej. Margaret Atwood w powieści „Oryks i Derkacz” (2003) wymyśliła ChickieNobs, bezmózgie narośla hodowane wyłącznie na mięso: bez głów, bez oczu, bez niczego, co mogłoby cierpieć albo protestować. Czytelnicy wzdrygali się z obrzydzenia. Dwadzieścia lat później okazuje się, że wersja bez obrzydzenia, czyli mięso hodowane w stali nierdzewnej zamiast w kadłubie zwierzęcia, jest już w sprzedaży. Paolo Bacigalupi w zbiorze „Pompa numer sześć” (2008) poszedł dalej i opisał świat, w którym naturę przeprojektowano od zera, a zwierzę w dawnym sensie stało się muzealną ciekawostką. Obie wizje łączy jedno: zwierzę jako źródło białka staje się anachronizmem.

Wróćmy więc do mojej ulubionej perspektywy, czyli człowieka z XXVI wieku, który czyta o naszych czasach. „Zaraz, zaraz. Oni hodowali czujące stworzenia w ciasnych halach, po czym podrzynali im gardła na taśmie, miliardami, co roku? Mając technologię, żeby wyprodukować dokładnie to samo mięso bez zabijania czegokolwiek? I robili to dalej, bo tak było taniej i tak przywykli?”

Odpowiedź brzmi: tak. Dokładnie tak samo, jak nasi przodkowie wiercili w zębach bez znieczulenia, śmierdzieli odrażającym fetorem po tygodniach bez kąpieli i pili wodę pełną cholery, bo tak przywykli.

Pisałem, że naszą epokę powinniśmy nazywać późnozwierzęcą, bo wciąż żyjemy jak zwierzęta, zdobywając pożywienie, chorując i umierając. Jest w tym określeniu druga warstwa. Jesteśmy późnozwierzęcy także dlatego, że dopiero uczymy się nie zjadać innych zwierząt. Rzeźnia trafi do muzeum obok latryny, wiertła dentystycznego i kajdan. A nasi potomkowie zapytają, jak zawsze: serio, oni naprawdę tak żyli? Bioreaktor już bulgocze.

Profesor zarządzania Akademii Leona Koźmińskiego, gdzie kieruje katedrą MINDS (Management in Networked and Digital Societies). Pracuje też jako faculty associate w Berkman-Klein Center for Internet and Society na Harvardzie. Wiceprezes Polskiej Akademii Nauk. Członek Rady Programowej CampusAI.

Share

You might be interested in