Twój koszyk jest obecnie pusty!
Tym bardziej, gdy wiosna w sercu i wioSENNOŚĆ w ciele. Pora ta ma jakąś przedziwną moc, która skłania człowieka do porządków. Skłoniła i mnie, ale tym razem nie o czyste okna tu chodziło czy remanent w szafach, a o porządek w codziennym życiu. Do niedawna jeszcze moją jedyną rutyną był chaos, i jakoś się z nim dogadywałam, ale gdy w moje życie, z tupotem małych stópek, wkroczyły dwa dodatkowe chaoski, trzeba było się wreszcie ogarnąć. Tylko jak?
Przydałby się porządny plan – pomyślałam – taki, jaki dotychczas znajdowałam jedynie na księgarnianej półce dla menadżerów sukcesu. Muszę rozpisać dzień, tydzień, miesiąc. Trochę głupio się przyznać, że ktoś mi musi powiedzieć, o której wstać, zrobić śniadanie i co kupić – po prostu wychodzi na to, że potrafię naprawić urwany zderzak za pomocą spinki i trytytki, ale ułożenie menu dla całej rodziny na parę dni do przodu całkowicie mnie przerasta.
Teraz nie wołam już jednak: „Aaaaj!”. Wołam: „EJ-AJ! Ułóż mi plan i listę produktów, plis! Żebym nie musiała robić zakupów częściej niż dwa razy w tygodniu. Ani codziennie gotować. Ze szczegółami proszę ten plan. Żeby magicznie w moim codziennym harmonogramie znalazł się czas na gapienie się w okno podczas picia CIEPŁEJ kawy”. I wiecie co? Znalazł się!
Chat ułożył mi plan, w ładnej tabelce do wydrukowania i powieszenia na lodówce. Ułożył menu i listę zakupów. Trochę nam to zajęło. Aż taki dobry nie jest, żeby w mig odczytać moje zachcianki i szereg „ale”, które trzeba uwzględnić w planie. ALE… wspólnymi siłami udało nam się zorganizować to tak, że prawie wcale już nie wyrzucamy resztek. Słowem: miód na moje ekoserce, a dla moich dzieci placuszki ze zblendowanych warzyw z obiadu.
Z organizacją dnia szło niestety gorzej. AI nie ma dzieci (jeszcze?), a przynajmniej nie ma takich, które chorują, strzelają focha w sprawie koloru talerzyka i wymagają przewinięcia w najmniej odpowiednim momencie. To znaczy – takich typowych dzieci, które ni cholery nie wpisują się w sztywny plan. Oj, po wielokroć wzdychałam do kartki na lodówce: „Mój planie! Nie da się zaplanować jelitówki ani migreny!”. ALE… Da się zrobić plan B.
I któregoś dnia, gdy wreszcie złapałam życiowy rytm i mogłam klaskać na dwa, nagle wszystko poszło nie tak. W progu zjawiły się wszystkie znane młodym rodzicom zdrowotne kataklizmy, znów zawyłam: „EJ-AJ! Daj! Mi daj! Coś na te choroby daj! Bo trafi mnie szlag i nie będziesz miał z kim gadać” (przecież te setki milionów innych użytkowników to już nie to samo). A Chat na to: „Nie martw się, to nie Ty jesteś tutaj maszyną. Podaj mi Twoje priorytety, a ja z przyjemnością ułożę Ci plan kryzysowy”. No i poszło, zamiast tabletki dał mi tabelkę, którą łyknęłam nawet bez popicia.
Niestety, nowy plan okazał się smutnym placebo – gdy jestem w oku cyklonu, mój ludzki chaos wygrywa jednak w konkursie kryzysowej kreatywności. Ale po tygodniu bez męża, za to z chorymi dziećmi i zawalonymi zatokami własnymi, pokajałam się znów przed Chatem, błagając jeszcze o cień inspiracji. I tym razem stworzyliśmy NIEPLAN.
Zamiast tabelkowego reżimu (teraz jedz, teraz idź, a teraz się zrelaksuj) stworzyliśmy „bazę możliwości”. I w tej bazie spisane są: zabawy językowe z dziećmi, żeby i mama czegoś się nauczyła, i dzieci miały radochę (tutaj Chat pomógł mi na przykład przygotować poprawne zdania i wyrazy do nauki), motywacyjne hasła typu: „Dzieci zasnęły? To też odeśpij albo popracuj”, lista zamrożonych lub zawekowanych dań do wykorzystania (zrobiłam je wcześniej zgodnie z Planem Najwyższym), koła ratunkowe w postaci rekomendowanych, adekwatnych do wieku bajek i filmików, listy niemieckich słówek, idiomów i zwrotów – do powtarzania w wolnych chwilach, proste przepisy na placuszki, szybkie dania, łatwe i zdrowe deserki, kolorowanki. Wszystko to wydrukowane i porozkładane wokół mnie – wolę kartki papieru, by dzieci nie widziały mnie ciągle z telefonem w ręku.
Z pomocą tego całkiem przemyślanego worka inspiracji miałam się czego chwycić, miałam po co sięgnąć – i udało mi się przetrwać bez większych ofiar, nawet napisać teksty do pracy i wrócić do wcześniejszego planu (ha!), nie potykając się przy tym o własne nerwy.
A gdy lata świetlne później mąż wrócił z wyjazdu i zobaczył te wydrukowane plany, karteczki, ślady po grach językowych i inne AI-artefakty, rzucił z uznaniem: „Nieźle oczaciałaś, ale żyjesz i do tego pięknie wyglądasz”.