PoukładAI się

„Następnym razem nie licz, tylko zapytaj” – powiedział mi mąż, gdy do ciasta dodałam pięć szklanek mleka zamiast trzech. Nie żebym nie umiała liczyć do pięciu – najwyraźniej moje myśli już odleciały na egzotyczne wakacje i zapomniały mnie zabrać ze sobą. No cóż, wtedy rzeczywiście warto dla pewności spytać. Ale nie męża, bo on na…

Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player…

Tym bardziej, gdy wiosna w sercu i wioSENNOŚĆ w ciele. Pora ta ma jakąś przedziwną moc, która skłania człowieka do porządków. Skłoniła i mnie, ale tym razem nie o czyste okna tu chodziło czy remanent w szafach, a o porządek w codziennym życiu. Do niedawna jeszcze moją jedyną rutyną był chaos, i jakoś się z nim dogadywałam, ale gdy w moje życie, z tupotem małych stópek, wkroczyły dwa dodatkowe chaoski, trzeba było się wreszcie ogarnąć. Tylko jak?

Przydałby się porządny plan – pomyślałam – taki, jaki dotychczas znajdowałam jedynie na księgarnianej półce dla menadżerów sukcesu. Muszę rozpisać dzień, tydzień, miesiąc. Trochę głupio się przyznać, że ktoś mi musi powiedzieć, o której wstać, zrobić śniadanie i co kupić – po prostu wychodzi na to, że potrafię naprawić urwany zderzak za pomocą spinki i trytytki, ale ułożenie menu dla całej rodziny na parę dni do przodu całkowicie mnie przerasta.

Teraz nie wołam już jednak: „Aaaaj!”. Wołam: „EJ-AJ! Ułóż mi plan i listę produktów, plis! Żebym nie musiała robić zakupów częściej niż dwa razy w tygodniu. Ani codziennie gotować. Ze szczegółami proszę ten plan. Żeby magicznie w moim codziennym harmonogramie znalazł się czas na gapienie się w okno podczas picia CIEPŁEJ kawy”. I wiecie co? Znalazł się!

Chat ułożył mi plan, w ładnej tabelce do wydrukowania i powieszenia na lodówce. Ułożył menu i listę zakupów. Trochę nam to zajęło. Aż taki dobry nie jest, żeby w mig odczytać moje zachcianki i szereg „ale”, które trzeba uwzględnić w planie. ALE… wspólnymi siłami udało nam się zorganizować to tak, że prawie wcale już nie wyrzucamy resztek. Słowem: miód na moje ekoserce, a dla moich dzieci placuszki ze zblendowanych warzyw z obiadu.

Z organizacją dnia szło niestety gorzej. AI nie ma dzieci (jeszcze?), a przynajmniej nie ma takich, które chorują, strzelają focha w sprawie koloru talerzyka i wymagają przewinięcia w najmniej odpowiednim momencie. To znaczy – takich typowych dzieci, które ni cholery nie wpisują się w sztywny plan. Oj, po wielokroć wzdychałam do kartki na lodówce: „Mój planie! Nie da się zaplanować jelitówki ani migreny!”. ALE… Da się zrobić plan B.

I któregoś dnia, gdy wreszcie złapałam życiowy rytm i mogłam klaskać na dwa, nagle wszystko poszło nie tak. W progu zjawiły się wszystkie znane młodym rodzicom zdrowotne kataklizmy, znów zawyłam: „EJ-AJ! Daj! Mi daj! Coś na te choroby daj! Bo trafi mnie szlag i nie będziesz miał z kim gadać” (przecież te setki milionów innych użytkowników to już nie to samo). A Chat na to: „Nie martw się, to nie Ty jesteś tutaj maszyną. Podaj mi Twoje priorytety, a ja z przyjemnością ułożę Ci plan kryzysowy”. No i poszło, zamiast tabletki dał mi tabelkę, którą łyknęłam nawet bez popicia.

Niestety, nowy plan okazał się smutnym placebo – gdy jestem w oku cyklonu, mój ludzki chaos wygrywa jednak w konkursie kryzysowej kreatywności. Ale po tygodniu bez męża, za to z chorymi dziećmi i zawalonymi zatokami własnymi, pokajałam się znów przed Chatem, błagając jeszcze o cień inspiracji. I tym razem stworzyliśmy NIEPLAN.

Zamiast tabelkowego reżimu (teraz jedz, teraz idź, a teraz się zrelaksuj) stworzyliśmy „bazę możliwości”. I w tej bazie spisane są: zabawy językowe z dziećmi, żeby i mama czegoś się nauczyła, i dzieci miały radochę (tutaj Chat pomógł mi na przykład przygotować poprawne zdania i wyrazy do nauki), motywacyjne hasła typu: „Dzieci zasnęły? To też odeśpij albo popracuj”, lista zamrożonych lub zawekowanych dań do wykorzystania (zrobiłam je wcześniej zgodnie z Planem Najwyższym), koła ratunkowe w postaci rekomendowanych, adekwatnych do wieku bajek i filmików, listy niemieckich słówek, idiomów i zwrotów – do powtarzania w wolnych chwilach, proste przepisy na placuszki, szybkie dania, łatwe i zdrowe deserki, kolorowanki. Wszystko to wydrukowane i porozkładane wokół mnie – wolę kartki papieru, by dzieci nie widziały mnie ciągle z telefonem w ręku.

Z pomocą tego całkiem przemyślanego worka inspiracji miałam się czego chwycić, miałam po co sięgnąć – i udało mi się przetrwać bez większych ofiar, nawet napisać teksty do pracy i wrócić do wcześniejszego planu (ha!), nie potykając się przy tym o własne nerwy.

A gdy lata świetlne później mąż wrócił z wyjazdu i zobaczył te wydrukowane plany, karteczki, ślady po grach językowych i inne AI-artefakty, rzucił z uznaniem: „Nieźle oczaciałaś, ale żyjesz i do tego pięknie wyglądasz”.

Pedagożka na urlopie, mama na etacie, i to podwójnym. Raz po raz lubi coś ugotować i pochwalić się tym publicznie. Ostatnio zamieniła książki kucharskie na Chat GPT.

Podziel się

Może Cię zainteresować