Nie mam czasu się uczyć, czyli jak kalendarz zjada ciekawość

W świecie, w którym nawet przerwy na kawę mają swoje sloty w kalendarzu Google’a, nauka stała się kolejnym punktem do odhaczenia. Chcemy się rozwijać, ale wciśnięci między spotkania i zadania, traktujemy uczenie się jak obowiązek, nie przygodę. Tymczasem ciekawość nie działa na zaproszenie z kalendarza.

dr Iwona Burka

Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player…

„A teraz szybko, zanim zorientują się, że to bez sensu!” – Król Julian

Król Julian z Pingwinów z Madagaskaru pewnie nie przypuszczał, że stanie się autorytetem w sprawach edukacji dorosłych. Ale cóż, trafił w samo sedno. W kilku słowach zawarł całą filozofię współczesnego uczenia się: szybciej, głośniej, efektywniej, zgodnie ze szczegółowym planem, co do minutki, ale bez refleksji, bez zaciekawienia, a często niestety bez sensu.

Wystarczy spojrzeć na ludzi wokół. Kalendarze napięte jak struny w gitarze, zadania w kolorach, każde spotkanie ma swój kod i skrót. Nasza edukacja niestety też została sprowadzona do pozycji w terminarzu. Tylko ciekawość gdzieś zniknęła. Bo jak tu być ciekawym, kiedy trzeba być produktywnym?

Uczenie się ma kiepski PR

Dodatkowo przez lata dorobiliśmy się języka, który uczeniu się robi wielką krzywdę. Mówimy o zakuwaniu, wbijaniu do głowy i przysiadaniu fałdów, ale każde z tych słów niesie obietnicę bólu, a nie odkrycia. Nic dziwnego, że nie chce nam się uczyć, że uczenie się traktujemy jak przymus, jak obowiązek. A przecież nie ma rzeczy nieinteresujących, są tylko ludzie, którzy przestali się interesować lub nigdy się nie zainteresowali. Kiedy na zajęciach proszę studentów, żeby zamienili suchą normę w opowieść, którą odniosą do znanego im świata, nagle ta norma nabiera sensu. A wystarczy odwrócić perspektywę z przymusu na zaciekawienie, na intrygujące pytanie, na odważną hipotezę.

Brak czasu jako wygodna wymówka

To, że nam się nie chce, to jedno. Druga strona tego medalu to brak czasu. „Nie mam czasu się uczyć” – jak dumnie to brzmi, prawda? Przecież jak nie mam czasu, to znaczy, że jestem zapracowana, potrzebna, robię coś ważnego, bo mój plan dnia pęka w szwach. W praktyce to tylko eleganckie alibi. Czas raczej sam się nie zgubił, to my zgubiliśmy sens i ciekawość. To my marnujemy czas, a potem mamy super wymówkę na wszystko. 

Każdego dnia robimy jakieś rzeczy, których nie musielibyśmy robić, ale fajnie jest być zajętym. To mój ulubiony absurd współczesności i moje motto: „Najgorzej jest robić najlepiej coś, czego nie trzeba robić wcale.” W pracy, w edukacji, w życiu, wszędzie działamy coraz szybciej, ale coraz rzadziej zadajemy sobie pytanie „Po co?”, „Co by było, gdyby?”.

Co by było, gdyby Marta

Wyobraźmy sobie Martę, menedżerkę w firmie technologicznej, która chce rozumieć sztuczną inteligencję nie po to, żeby zdobyć certyfikat, tylko po to, żeby nie czuć się jak turystka we własnej pracy. 

Marta kupuje kurs z wielkim tytułem, otwiera kalendarz i znajduje jedyne wolne okienko: środa 21:30. Uśmiecha się do siebie, bo wpisanie w plan „learning session” wygląda jak troska o rozwój. Wieczorem robi herbatę, włącza pierwszy moduł, po pięciu minutach przyspiesza, po dziesięciu zerka w telefon, po dwudziestu myśli o jutrzejszym raporcie, a po trzydziestu zamyka laptop z poczuciem, że zrobiła coś dla siebie. Problem w tym, że jej mózg w tym czasie chciał już tylko jednego: „Daj mi wreszcie odpocząć!”. 

Hipokamp po całym dniu decyzji nie prosi o kolejną porcję definicji, dopamina bez ciekawości nie rusza z miejsca, a kora przedczołowa w trybie zmęczenia robi porządek, a nie nowe połączenia. Marta nie jest leniwa ani niesystematyczna, po prostu próbowała ostrzyć piłę po całym dniu rąbania drewna. Tylko czy to ma sens?

Kalendarz mierzy przewidywalność, mózg wybiera sens

Kalendarz kocha rzeczy przewidywalne i działa świetnie tam, gdzie chodzi o logistykę, terminy i powtarzalność. A uczenie się przecież nie jest przewidywalne. Zaczyna się w chwili, kiedy coś nas poruszy, zadziwi albo trochę zdenerwuje. Nie da się zaplanować olśnienia na 15:45, tak jak nie da się zlecić zachwytu na jutro do południa. Mózg nie uczy się z przypomnienia w kalendarzu Google’a, tylko z powodu, który sami uznajemy za ważny. Dlatego pamiętamy żart z kuchni i zapominamy trzy slajdy definicji. Dlatego dwa żywe przykłady potrafią zastąpić godzinę wykładu, a krótkie, prawdziwe pytanie otwiera więcej drzwi niż długi zestaw poleceń. Pamiętajmy, że nie da się „odhaczyć” zrozumienia czy refleksji, a uczenie się jest w pewnym sensie jak pogoda: zdarza się wtedy, gdy jest na to klimat. Czas, w którym się uczymy, nie ma daty ani godziny. On zaczyna się wtedy, gdy pozwalamy sobie nie wiedzieć. Bo uczenie się nie potrzebuje więcej godzin czy pozycji w kalendarzu. Prawdziwa autoedukacja potrzebuje więcej uwagi.

A wiecie co jest w tym najśmieszniejsze? To, że w kalendarzu zapisujemy też „czas wolny”. A to właśnie w czasie wolnym najczęściej się czymś zaciekawiamy. W najmniej oczekiwanych sytuacjach wpadają nam do głowy pytania, pomysły, chęć dowiedzenia się czegoś, ale przecież zgodnie z kalendarzem mam wtedy nic nie robić, to nie jest czas na naukę. Przykre jest to, że my tak bardzo nie rozumiemy czym jest uczenie się i czego potrzebuje, żeby miało sens.

Dlaczego ostrzymy piłę przed, a nie po?

Neurobiologia mówi rzeczy, które potwierdza każda uczciwa praktyka. Rano sieci neuronalne są u większości osób bardziej gotowe na nowe ścieżki niż późnym wieczorem, a kora odpowiedzialna za kontrolę uwagi i integrację treści po przespanej nocy działa jak dobrze naostrzony ołówek, klarowny i precyzyjny. Pamiętajmy jednak, że nasza biologia ma swoje wersje poranne i wieczorne. 

Rozłożenie nauki w czasie i krótkie przerwy dają lepsze efekty niż długie, wieczorne bloki po całym dniu obowiązków, kiedy mózg jest już zmęczony. Sen porządkuje doświadczenia i czyści poznawczy bałagan. To nie jest zachęta do heroizmu, tylko do szacunku dla rytmu ciała i głowy. LepszeLepiej dwa razy po dziesięć minut z iskrą ciekawości niż jedno wieczorne półtorej godziny na zaciśniętych zębach.

Microlearning czy mikroświadomość

Nie mam nic przeciwko piętnastu minutom, mam coś przeciwko obietnicy, że to załatwi sprawę. Piętnaście minut z ciekawością i intencją działa, ale te same piętnaście minut wciśnięte między “oddzwoń do Kas”i a “wyślij raport” bywa rytuałem uspokajającym sumienie. Dlatego zamiast microlearningu proponuję mikroświadomość. To drobne, celowe zaproszenia do myślenia, które rozsiewamy w swoim dniu. Jedna myśl do zweryfikowania przy kawie. Jedno pytanie, które musi doczekać się odpowiedzi zanim otworzymy pocztę. Jeden drobny eksperyment w prawdziwej pracy, po którym wracamy do notatki i do rozmowy. Nauka przestaje być dodatkiem i staje się sposobem przechodzenia między trybami, z odhaczania na zaciekawienie, rozumienie i entuzjazm. Bo entuzjazm jest o wiele bliżej spokrewniony z nauką niż nuda, obowiązek czy nakaz. A jak entuzjastycznie podchodzimy do kolejnej pozycji w kalendarzu? Odpowiedzcie sobie sami. 

AI nie potrzebuje Twojej dyscypliny, potrzebuje Twojej ciekawości

A jak już mowa o ekscytacji, to przychodzi nam z odsieczą sztuczna inteligencja, nie jako aplikacja do uczenia się szybciej, tylko jako partner do uczenia się mądrzej. AI nie potrzebuje, żebyśmy mieli godzinę, ale potrzebuje, żebyśmy mieli pytanie:

– „Wyjaśnij mi to jak pięciolatkowi i pokaż mi przykład z mojego zespołu.”
– „Zrób analogię kulinarną i muzyczną, żebym poczuła fakturę pojęcia.”
– „Daj mi kontrprzykład, który popsuje mój ładny wniosek, a potem poprowadź do poprawionej wersji.” 

Taka rozmowa nie podaje treści jak na widelcu, tylko zmusza neurony do pracy, zaciekawia, pobudza entuzjazm i właśnie to robi różnicę. 

To, co dziś najbardziej męczy w edukacji, to chyba jej bezrefleksyjność, a może wręcz głupota. Uczymy się bez sensu, bez refleksji, dla certyfikatu, dla spokoju sumienia. Realizujemy kursy, które niczego nie zmieniają, nie wnoszą do naszego życia. Poprawiamy produktywność, a paradoksalnie, im bardziej jesteśmy efektywni, tym mniej mądrzy.

Case Marty, wersja z sensem 

Marta po tygodniu podmienia środową 21:30 na dwa krótkie poranki. Zanim świat się rozkręci, prosi AI o trzy scenariusze wykorzystania wiedzy (którą się zaciekawiła) w jej procesach, potem pozwala się przepytać z tego, co sama zrozumiała, a nie z tego, co było w materiale. Między spotkaniami wraca na trzy minuty do jednego trudnego fragmentu, bo wpadło jej do głowy ciekawe pytanie, i prosi o prosty test, który może zrobić dziś z zespołem. Zamiast notatek z definicji ma w notatniku własne przykłady i kontrprzykłady, własne granice pojęć, własne zdania, które działają. Nie ma euforii i fanfar, jest rosnąca cisza wewnętrzna, ten rodzaj satysfakcji, który nie bierze się z odhaczenia, tylko z poczucia, że świat przestał być obcy. To jest właśnie różnica między nauką z kalendarza a nauką z ciekawości. Bo uczenie się to nie zadanie do wykonania, ale rozmowa ze światem, która wymaga pytania, wątpliwości, błędu, ciekawości. Więc zanim znów wpiszemy w nasz plan „kurs online”, zapytajmy siebie: Po co? Co w tym jest ciekawego i wartościowego?

Jak to wpleść w dzień, żeby nie kolidowało z obowiązkami

Nie kładźmy nauki na osobnym talerzu, wmieszajmy ją w menu dnia. Zacznijmy od dwóch krótkich porannych wejść, każde z jasnym celem i pytaniem do siebie, do AI albo do innego człowieka, a pod koniec dnia zróbmy minimum, czyli jedno zdanie podsumowania, które jutro będzie wejściem do dnia pełnego inspiracji. W ciągu dnia zaciekawiajmy się, używajmy naturalnych okienek zamiast walczyć o cały blok. Jeżeli możemy, przenieśmy choć część nauki do pracy, nie po pracy, bo to tam sens rodzi się najszybciej. Warto uzgodnić z szefem 30 minut ciszy na głęboką pracę i 30 minut na eksperyment tygodnia. W wielu zespołach działa to lepiej niż szkolenie raz na kwartał, bo podnosi jakość decyzji tu i teraz. Jeśli mamy wpływ na kulturę firmy, wprowadźmy learning day raz w miesiącu, nie jako program benefitowy, tylko jako normalny element pracy poznawczej. Dobre organizacje wiedzą, że człowiek uczy się najlepiej wtedy, gdy ma przestrzeń i kiedy to, czego się uczy, natychmiast spotyka się z praktyką.

Nie chodzi przecież o to, by wcisnąć naukę między obowiązki, tylko by obowiązki wcisnąć między momenty refleksji.

Nie ucz się głupio

Na koniec wracam do mojego ulubionego zdania, które pozwala mi nie marnować czasu i zasobów:. “Najgorzej jest robić najlepiej coś, czego nie trzeba robić wcale”. A jak odnosi się to edukacji?

– Nie przepracowujmy materiału, który niczego w nas nie porusza.
– Nie produkujmy notatek z prezentacji, która nie zmienia naszej decyzji.
– Nie wciskajmy nauki w noc, kiedy głowa prosi o sen.
– Wybierajmy sens, a nie pozór.
– Wpychajmy obowiązki między momenty refleksji, a nie odwrotnie.

I jeśli mamy ochotę, zostawmy na deser słowa Króla Juliana. Można je traktować jak żart o świecie, który lubi pędzić, ale można też potraktować je serio i zatrzymać się sekundę wcześniej. Uczenie się zaczyna się dokładnie w tej chwili, w której decydujesz, że chcesz się zorientować, czy to, co robisz, ma sens. Wszystko inne to tylko kolorowe sloty.

Projektantka myślenia w erze AI. Autorka Trigger Mind i AI-Ready Mind. Łączę naukę, biznes i AI. Tworzę programy trenujące elastyczność poznawczą i adaptację, z AI jako partnerem, nie protezą myślenia.

Podziel się

Może Cię zainteresować