Twój koszyk jest obecnie pusty!
Choć w laboratoriach technologicznych gigantów wyścig na parametry i moce obliczeniowe trwa w najlepsze, rynkowa rzeczywistość uległa istotnej zmianie. Etap fascynacji możliwościami generatywnej AI ustąpił miejsca chłodnej weryfikacji faktur. Zarówno dostawcy technologii, jak i ich klienci biznesowi, przestali pytać „co ten model potrafi?”, a zaczęli: „czy jest zgodny z prawem, bezpieczny dla danych i kiedy inwestycja się zwróci?”.
Dla kadry zarządzającej priorytetem przestała być prędkość wdrożenia, a stała się jego przewidywalność. Rynek dąży do stabilizacji – firmy same szukają ram prawnych, które pozwolą im przekuć technologiczny chaos w rentowne, skalowalne procesy. W tym kontekście debata o regulacjach to jużnie akademicki spór, lecz walka o kształt tych ram. Czy państwo powinno wejść w rolę „głównego architekta bezpieczeństwa”, certyfikującego każdy algorytm przed wejściem na rynek? Czy może pozostać „nocnym stróżem”, który interweniuje dopiero po wystąpieniu szkody? Odpowiedź na to pytanie zadecyduje, czy budżety firm w nadchodzącej dekadzie będą zasilane innowacjami, czy drenowane przez działy compliance i obsługę prawną.
W centrum debaty, która toczyła się podczas Generative Revolution Day (Should we regulate AI development significantly?)stoją dwie postacie: Oumou Ly z Atlantic Council oraz Dean Ball z Foundation for American Innovation. Ich wizje są diametralnie różne, a każda niesie inne konsekwencje dla biznesu.
Ciąg dalszy artykułu pod materiałem video
Architekt ryzyka systemowego
Dla Oumou Ly sztuczna inteligencja to technologia o ryzyku systemowym, porównywalna do infrastruktury krytycznej. Zwraca uwagę, że nie mówimy tu o błędach w kodzie, ale o zagrożeniach egzystencjalnych dla państw i gospodarek.
– Dla mnie to nie są rodzaje ryzyka, które z czasem same się korygują poprzez konkurencję rynkową. Naprawdę potrzebujemy skoordynowanego nadzoru i regulacji – podkreśla Ly, wymieniając trzy kategorie zagrożeń: systemowe, ekonomiczne oraz te dotyczące bezpieczeństwa narodowego, jak choćby koncentracja mocy obliczeniowej mogąca zachwiać równowagą geopolityczną.
Jej zdaniem mechanizmy wolnorynkowe są tu bezradne.
– Żaden pojedynczy podmiot nie jest w stanie samodzielnie zredukować ryzyka AI w odpowiedniej skali, zwłaszcza biorąc pod uwagę tempo i wielkość adopcji AI w globalnej gospodarce – argumentuje Ly. Ekspertka podkreśla, że rząd ma tutaj unikalną rolę, posiadając odpowiednią mieszankę autorytetu prawnego, wpływów, zasobów oraz odpowiedzialności wobec społeczeństwa. To sprawia, że w jej ocenie jest on jedynym podmiotem, który może skutecznie regulować rynek całościowo, a nie tylko wycinkowo.
Pułapka regulacji
Zgoła inne podejście prezentuje Dean Ball. Jego zdaniem sztywne przepisy tworzone dzisiaj, jutro staną się hamulcem postępu.
– Ramy regulacyjne mają tendencję do zamrażania wszelkich założeń, a to może być zabójcze dla innowacji – twierdzi Ball. – Każda ustawa, którą napiszesz, będzie zawierać szeroki kompleks założeń na temat świata i technologii. Te założenia często są ukryte i mocno osadzone w dzisiejszym status quo. A ponieważ AI ewoluuje tak szybko, ma tendencję do podważania tych właśnie założeń.
– Pomysł, że jedne ramy regulacyjne mogą zarządzać całym tym spektrum technologii o niemal nieskończonej różnorodności zastosowań, wydaje mi się przepisem na mylące i zbyt szerokie prawo – punktuje ekspert. Dodaje przy tym, że koncepcja istnienia jednego regulatora licencjonującego różnorodne modele – od medycznych po prawne – wydaje mu się „po prostu szalona”.
Twierdza czy Darwinizm
Aby zrozumieć ekonomiczne konsekwencje tych wyborów, warto spojrzeć na mechanizmy rynkowe, które uruchomi każda z tych strategii. W scenariuszu „Twierdzy Regulacyjnej” (wizja Ly), gdzie rząd wprowadza obowiązkową certyfikację u źródła, kluczową barierą staje się koszt compliance. Giganci technologiczni, dysponujący potężnym zapleczem prawnym i kapitałowym, bez trudu absorbują koszty audytów, co w praktyce buduje wokół nich nienaruszalną fosę ochronną. Mniejsi innowatorzy, niezdolni do sfinansowania biurokratycznej machiny, zostają wypchnięci z rynku jeszcze przed startem. Dla klienta biznesowego oznacza to stabilność i bezpieczeństwo prawne, ale opłacone „podatkiem od regulacji” – wyższymi cenami usług i zawężeniem wyboru dostawców do wąskiego grona monopolistów.
Oumou Ly przyznaje, że jest to realne zagrożenie.
– Ciężka regulacja absolutnie faworyzuje rynkowych gigantów. Zwłaszcza że często błędnie zakłada się, iż każdy podmiot dysponuje jednakowymi zasobami, by sprostać wymogom biurokratycznym.
Z kolei w scenariuszu „Darwinizmu Technologicznego” (wizja Balla), brak barier wejścia skutkuje eksplozją innowacji i presją na obniżkę cen. Rynek zalewany jest nowymi rozwiązaniami, jednak odbywa się to kosztem transferu ryzyka. W tym modelu ciężar weryfikacji jakości spada na kupującego. Jeśli wdrożony system zawiedzie – na przykład dyskryminując klientów lub naruszając tajemnicę przedsiębiorstwa – to firma wdrażająca staje na pierwszej linii ognia pozwów sądowych. Mechanizm rynkowy zadziała: wadliwi dostawcy zbankrutują pod ciężarem roszczeń, ale szkody wizerunkowe i finansowe po stronie biznesu będą już faktem dokonanym.
Dean Ball ostrzega, że próba uniknięcia tego scenariusza poprzez nadmierne regulacje prowadzi do tzw. przejęcia regulacyjnego.
– To sytuacja, w której rządowy regulator – z powodu asymetrii informacji i konfliktów interesów – zostaje w istocie „przejęty” przez największe firmy, które ma nadzorować. W rezultacie te regulacje będą hamować konkurentów próbujących robić nowe rzeczy – wyjaśnia ekspert.
Trzecia droga
Dziś widzimy wyraźnie, że świat nie wybrał jednej ścieżki, co doprowadziło do geopolitycznego pęknięcia. Unia Europejska, stając się „cyfrową twierdzą”, postawiła na bezpieczeństwo kosztem wyższych cen i wolniejszej adopcji. Stany Zjednoczone, mimo prób regulacji, wciąż przypominają laboratorium, gdzie innowacje pędzą, ale ryzyko prawne jest gigantyczne.
Dean Ball ostrzega przed ucieczką kapitału, gdyby USA jednak zdecydowały się na bardziej twardą politykę, co wciąż może się zdarzyć
– Jest prawdopodobne, że Stany Zjednoczone mogą narzucić tak skomplikowaną mozaikę regulacji, że utrudni to innowacje i sprawi, iż deweloperzy przeniosą się do innych krajów – prognozuje.
Ta wizja już materializuje się zresztą w „trzeciej drodze”, którą obrały azjatyckie tygrysy jak Japonia czy Singapur. Kraje te, stosując tzw. miękkie prawo (wytyczne zamiast zakazów), pozycjonują się jako bezpieczna przystań dla eksperymentalnego R&D. Dla globalnych graczy oznacza to konieczność przyjęcia strategii, w której najbardziej zaawansowane, ryzykowne wdrożenia dziś najbardziej opłacają się w Tokio, podczas gdy stabilne, certyfikowane procesy lokowane są w Brukseli.
Strategia na czas fragmentacji
Zmieniający się krajobraz regulacyjny wymusza na liderach biznesu nowe podejście do zarządzania ryzykiem. Po pierwsze, audyt geograficzny przestaje być tylko kwestią logistyki serwerowej, a staje się elementem strategii prawnej. To, gdzie fizycznie przetwarzane są dane, determinuje dziś poziom odpowiedzialności firmy – operacja dozwolona w Singapurze może okazać się nielegalna w Berlinie.
Po drugie, dyrektorzy finansowi coraz częściej muszą uwzględniać w swoich modelach nieoczywiste koszty alternatywne. Stają przed wyborem: czy zaakceptować drastyczny wzrost kosztów certyfikowanych usług w modelu europejskim, czy raczej budować rezerwy na ewentualne odszkodowania w bardziej liberalnym, ale nieprzewidywalnym modelu amerykańskim.
Wreszcie, obserwujemy wyraźny trend odchodzenia od uzależnienia od jednego dostawcy. W sytuacji, gdy popularny model może z dnia na dzień stracić certyfikację w danym regionie, dywersyfikacja technologiczna staje się polisą ubezpieczeniową. Firmy, które potrafią płynnie przełączać się między bezpiecznymi, uznanymi rozwiązaniami a innowacyjnymi modelami otwartymi, zyskują przewagę adaptacyjną.





